Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wytrawne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wytrawne. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 kwietnia 2012

Barolo Prunotto 2007 DOCG

Modne ostatnio stało się pisanie o niedrogich winach z dyskontów. Początkowo tematem zajmowali się chyba tylko amatorzy piszący o winach na swoich blogach (było budżetowo, a czasem i całkiem smacznie). Ostatnio jednak o winach dyskontowych można było poczytać już niemal wszędzie, uwzględniając w tym także ogólnopolskie portale, czy witryny współtworzone przez ludzi zawodowo zajmujących się winopisarstwem.

W sumie fajnie, że temat został tak podkręcony, bo ostatecznie jakoś tam świadczy to o tym, że coraz więcej w naszym życiu wina. Jednak skoro tak dużo można poczytać o winach za 10 PLN, postanowiłem wyłamać się i napisać conieco o winie za 210 PLN.

Butelkę Barolo Prunotto 2007 DOCG nabyłem dość niedawno - uświetniła ona wieczór, podczas którego świętowałem jeden ze swoich największych sukcesów w ostatnich latach. O szczegółach pisać nie będę, bo to w tym miejscu zbędne; dość powiedzieć, że oczekiwania miałem wobec tego wina olbrzymie (summa summarum wybuliłem na butelkę ponad 200 PLN, co dla portfela blogera-amatora pozostaje wciąż istotnym uszczupleniem). Jak zatem wrażenia?

W kieliszku stosunkowo jasna ciepła czerwień, odcienie ceglaste, może miedziane. Całość klarowna. Nos palący, lekko zadymiony. Po zakręceniu kieliszkiem wręcz metaliczny; w tle wyczułem skórkę od chleba.

W ustach przede wszystkim spora kwasowość i słusznej miary garbniki. Wino jest jednak wyważone, harmonijne, w pewnym sensie smukłe. Eleganckie i długie. Wrażenia smakowe to przede wszystkim skojarzenia ze skórką od chleba i suszonymi owocami. Z każdym kieliszkiem lepsze (zanotowałem, że to opinia nie wynikająca wprost ze zwiększającej się ilości alkoholu w organizmie, choć wiadomo, jak to jest).

Barolo miałem okazję odkorkować po raz pierwszy. Wcześniej przydarzyło mi się próbować go na kilku degustacjach, jednak wiadomo - inaczej pija się wino, mając na nie czas i mogąc poświęcić mu swoją uwagę. Moja opinia o Prunotto 2007 jest jak najbardziej pozytywna - z czystym sumieniem polecam każdemu. Starałem się oddzielić wrażenia od poziomu cenowego (żeby uniknąć przymusu ocenienia wina jako doskonałego) - mam wrażenie, że z uwagi na mój debiut w tej materii, udało mi się to.

Świetne wino.


niedziela, 26 lutego 2012

Portugalskie sentymenty

O ile mnie pamięć nie myli, jeszcze niedawno można by uznać, iż wziąłem solidny rozbrat z winem portugalskim. I to właściwie bez szczególnego powodu. Do samego kraju mam pewien sentyment, głównie dzięki podróży sprzed dwóch i pół roku. Moje kilkukrotne odgrażanie się, że ją tu szczegółowo opiszę brzmi dziś już cokolwiek śmiesznie :-) aczkolwiek nieustannie tkwię w przekonaniu, że jednak to zrobię.


Wracając do samego wina - przy niedawnej okazji spotkania ze znajomymi zostaliśmy zaskoczeni przez nich wyborem fajnej butelki; zdecydowali bowiem się na Douro DOC Tuga 2009 (Tinta Roriz, Touriga Franca, Touriga Nacional, Tinta Barroza). Wybór po części podyktowany był wyróżnieniem, jakie wino otrzymało od MW (srebrny medal podczas Grand Prix 2010 w kategorii czerwone do 30 zł); z całą pewnością przyjąć jednak można, że nasi przyjaciele postawili na nieco zagadkową dla siebie (lub przynajmniej nieoczywistą na pierwszy rzut oka) kartę.

Jako, że nieoczywiste (nawet na pierwszy rzut oka) winne karty zdecydowanie mi odpowiadają, butelkę na stole powitałem z niekłamaną radością (no dobra, większość butelek tak witam, nie tylko wina :-)). Tym bardziej, że moje odczucia po spróbowaniu były bliskie odczuciom gremium oceniającego wina pod banderą MW w 2010 - czyli, że generalnie jest bardzo dobrze. W skład wspomnianego gremium w 2010 miałem zresztą przyjemność się zaliczać, co dodało trunkowi punktów za pochodzenie :-)

Krótko i na temat - wino zdecydowanie godne polecenia. Równa, ciemna czerwień w kieliszku, wyważony, owocowy nos (z nutą dymu), smukłe i pełne balansu na podniebieniu. Fajne pikantne skojarzenia w finiszu; mam wrażenie, że jest to taka ogólna cecha użytych szczepów. W smaku głównie ciemne czerwone owoce, choć pamiętam także luźne skojarzenia z truskawką. Jeśli ktoś poszukuje niedrogiego wina, które jest bardziej oryginalne od czerwonego chilijskiego, a przy tym i jest po ludzku smaczne, Tuga 2009 zdecydowanie spełnia postawione przed nią wymagania.

Po udanym portugalskim powrocie, podczas pierwszych winnych zakupów nawet nie patrzyłem na Włochy, Francję, czy Nowy Świat. Zdecydowałem się na Messias Douro DOC Reserva Tinto 2008 i ponownie okazało się, że trafiłem w dziesiątkę.

W kieliszku ciemna, ładnie nasycona czerwień. Nos ekstraktywny, aromaty owoców lasu (ponownie włączając w to truskawki), ale i dym plus drzewo iglaste. Usta delikatne, a zarazem i fantastycznie owocowe. Odpowiednio kwasowe. Wino długie, aromatyczne, świetnie ułożone i... nietrudne. Ponownie do polecenia dla wielu, również dla tych niekoniecznie zainteresowanych winem jako takim, a szukającym ciekawszej butelki do wypicia.

Aby rzecz nie umknęła - na Messiasa złożyły się te same szczepy, co na Tugę (Touriga Nacional, Touriga Franca, Tinta Barroca, Tinta Roriz); region również był ten sam. Oba wina w swojej ogólnej charakterystyce były podobne, jednak na tyle różne, że zaznaczyły swój indywidualny charakter.

Powrót do Portugalii okazał się zatem udany. Niejako przy okazji odkryłem kolejne ciekawe miejsce w sieci, które warto odwiedzić. Dla wszystkich zainteresowanych portugalskim winem, a znających już Sstarwines :-)


niedziela, 22 stycznia 2012

Cudze chwalicie... i słusznie. O słowackich winach słów kilka



Skoro napomknąłem tu już o niedawnych Świętach, nic nie stoi na przeszkodzie, by poruszyć temat pokrewny. W przerwie świąteczno-noworocznej udaliśmy się bowiem z przyjaciółmi na Słowację, by pojeździć na nartach i przywitać 2012 rok w górskiej atmosferze. Wypad był udany, stoki nawet nieźle przygotowane (choć Słowacy słono sobie liczą za możliwość poszusowania - zainteresowanych zapraszam na priv), towarzystwo ze wszech miar ukontentowane. Ja miałem jeszcze jeden powód do zadowolenia. No dobra, dwa. Oba opisuję poniżej.

Villa Vino Rača Rizling Rýnsky 2010 zakupiłem będąc ciekawym jak Słowacy z VVR interpretują jeden z moich ulubionych szczepów. Ogólnie przyglądając się winnej działalności naszych południowych sąsiadów, jakoś zawsze dobrze kojarzyłem czeskie Morawy i słowackie...? No właśnie. Małe Karpaty. Stamtąd zresztą pochodzi wspomniany Riesling.

Wino raczej nie zawodzi. W kieliszku złotawe z oliwkowym wtrętem, nos z kolei bardzo zielony, zapowiada sporą kwasowość. Ta rzeczywiście daje o sobie znać na podniebieniu, choć wyraźnie wyczułem także... rzeżuchę (co już raz mi się kiedyś zdarzyło, po wyraźnej zresztą sugestii winnego interlokutora - pozdrowienia, Piotr). Wino może rzeczywiście odrobinę nazbyt kwasowe, a przez to i nie do końca ułożone, natomiast w swoim segmencie cenowym wypadło naprawdę nieźle. Mogę polecić bez większych wątpliwości. Cudów nie ma, wstydu także nie.

Drugi z próbowanych przeze mnie słowackich trunków okazał się jeszcze lepszy. Co więcej, Matyšák Frankovka Modrá 2010 to jak na razie jedno z moich odkryć w 2012 roku.

W kieliszku podręcznikowo landrynkowe; róż przechodzący w pomarańczowy. Tu i ówdzie mignie bąbelek - podkreślenie lekko musującego charakteru całości. W nosie kwiaty, liczi i przede wszystkim - całe mnóstwo poziomek. Za słodko jednak nie jest, czuć że będzie kwasowo (niemal tak jak w ww. Rizlingu).

Na podniebieniu niespodzianka - wino jest bardzo pełne, niemal idealnie ułożone. Kwasowość zrównoważona, wino jest tyleż lekkie, co długie. Przy tym zachowuje krągłość, jest niemal oleiste. Smaki to przede wszystkim wspomniane już poziomki z dodatkiem jabłek, kwaskowych wiśni i - dających o sobie znać w delikatnym finiszu - skórek grejpfruta. Zaskakująco przyzwoite wino.

Tytułem podsumowania - dwa wina z Słowacji, dwa celne strzały. Różowy Matyšák okazał się lepszym w bezpośrednim starciu z Rýnskym Rizlingiem od VVR, jednak uczciwie przyznać trzeba - oba trunki wytrzymały próbę. Polecam szczerze, to naprawdę fajnie skrojone wina.

PS. A jeśli kogoś zainteresowała tematyka win słowackich, polecam serwis znajomego. Można dowiedzieć się paru ciekawych rzeczy.



sobota, 21 stycznia 2012

Poświątecznie. Chateau Fonguillon 2005

Świąteczno - noworoczne rozleniwienie dawno już za nami. Minęły bez mała trzy tygodnie stycznia i z tradycyjnego okresu spotkań z rodziną, urlopów i przyznawania sobie prawa do spróbowania jeszcze jednego specjału z wigilijnego stołu pozostały tylko wspomnienia. Także te dotyczące spróbowanych win.

Tak się dobrze składa, że w trakcie Świąt wychyliłem kilka doprawdy ciekawych kieliszków. Na nie też przyjdzie pora na blogu - dziś bowiem dwa słowa o winie, które piłem chwilę wcześniej, podczas corocznego pieczenia pierników. Odkorkowaliśmy wówczas z Anią pochodzące z Montagne-Saint-Émilion, Chateau Fonguillon 2005.

Wspomniane wino to kupaż czterech szczepów, z których przeważa (co nie dziwi w kontekście apelacji) Merlot, którego w winie znajdziemy aż 70%. Poza tym - Cabernet Franc (15%), Cabernet Sauvignon (12%), Malbec (3%). Oczekiwania? Raczej średnio wygórowane; zależało nam na nietrudnym trunku, który jednak będzie mieć swój charakter. A werdykt? To akurat złożona kwestia.

Pierwsze wrażenia były raczej na plus, choć bez większych zachwytów - ciemne w kieliszku, zdecydowane w nosie, taniczne i zadziorne na podniebieniu. Dość wyraźnie w smaku zarysowywały się owoce, jednak momentami trudno było im przebić się przez alkohol (13%), który dominował nad całością. Wino długie; po pooddychaniu nabrało jeszcze ciekawszego charakteru.

W miarę upływu trunku z butelki kwestia jednoznacznej oceny Chateau Fonguillon stawała się coraz bardziej frapująca. I to nie ze względu na zawartość alkoholu, ale pewnie nie pozostało to bez znaczenia. Wino zdecydowanie nie służyło do beztroskiego przepijania, choć do medytacyjnego charakteru było mu daleko Czyli w sumie coś, na co liczyłem. Na pewno miało swój charakterystyczny rys - czego także w sumie oczekiwałem. Teoretycznie wszystko więc grało. A praktycznie?

Krótko - nie do końca odpowiadały mi smaki i aromaty, wśród których liczyłem na większą różnorodność i zdecydowanie bardziej wyczuwalną owocowość. Jasne, nie można mieć wszystkiego. Inną rzeczą jest, że chciałoby się. Żeby jednak nie wyjść na totalnego malkontenta, z czystym sumieniem mogę napisać, że Chateau Fonguillon 2005 to całkiem przyzwoite wino, ze swoistym charakterem. Stosunkowo płaskie, jednak w swoim segmencie cenowym zadowalające.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Marchese Montefusco Merlot Sicilia 2010 IGP

Słowo się rzekło, pisać częściej... trzeba? No właśnie - nie trzeba. Można. I się chce zarazem :-) Zatęskniłem trochę za pisaniem i odczuwam sporą frajdę przelewając (nomen omen) winne wspomnienia na wirtualny papier. Nawet w sytuacji, gdy przychodzi mi opisać drugie z kolei słabe wino.

Niestety, nie mam szczęścia po powrocie na blogowe łamy. Bo oto próbowany przeze mnie niedawno Marchese Montefusco Merlot Sicilia 2010 to kolejny niewypał.

Po nalaniu wina w kieliszek niczego złego oczywiście się nie spodziewałem. Będąc szczerym - na cuda też nie liczyłem; kupiłem rzeczonego Merlota raczej dla wypicia bez głębszego zastanowienia, ot wino do niezobowiązującego, wieczornego popijania. No i spoglądając na nie w szkle mniej więcej to ujrzałem - wiśniowy kolor, ciemniejszy, choć klarowny. Nic nadzwyczajnego.

Zapach dziwny. Skojarzenia z dymem, czymś wędzonym, całość trochę stęchła; po zakręceniu kieliszkiem wyczułem jednak całkiem interesujące, ciemne, "palone" nuty. Liczyłem wprawdzie na większą owocowość, ale co tam!

W smaku - rozczarowanie. Przede wszystkim olbrzymia kwasowość i nienaturalne stężenie garbników (ludzie! to Merlot!). Poza tym - dość płaskie, zredukowane. Średnio długie. Ze skojarzeń smakowych blisko temu do śliwki w boczku; po otwarciu się może do wiśni... Zawartość alkoholu wynosiła 13%, co nieszczególnie dziwi jak na Merlota - ale akurat to winu nie przeszkadzało. Co w sumie nie miało większego znaczenia - wino okazało się bowiem totalnie niepoukładane, niesmaczne, słabe po prostu.

Wyłączny importer, czyli Alma, chwali się na kontretykiecie, że Marchese Montefusco Sicilia 2010 to wino, w którego smaku można wyczuć owocowe nuty czarnej porzeczki, jagody i smażonych konfitur. Jak dla mnie - albo ktoś wysmażył ten opis tylko i wyłącznie dla celów marketingowych, albo pomylił wina przy butelkowaniu.

Szkoda - tym bardziej, że w Almie kupowałem już naprawdę fajne, niedrogie wina, które z powodzeniem sprawdzały się w różnych sytuacjach.

Z żalem stwierdzam - nie polecam.


niedziela, 4 grudnia 2011

Shell Segal Barkan 2010, czyli jak odnaleźć się na łamach bloga po przerwie

No dobra, basta. Otwieram leniwie oczy, przeciągam się jeszcze, ale nie trwa to długo - jednym zdecydowanym ruchem wyskakuję z mojego posłania, w którym - w sumie dość skutecznie - ukryłem się od winnego bloga na przeszło pół roku. Czas się zbudzić i to na dobre.

Wymieniać tu przyczyny i powody, dla których na pewien czas zawiesiłem blogowe pióro na winnym kołku (korku?) byłoby chyba bezcelowe. Dość powiedzieć, że nie była to Jedna Wielka Decyzja na zasadzie od jutra nie piszę bloga, bo mam ważniejsze sprawy na głowie. Czasowe odejście od pisania było dla mnie bowiem niemal naturalnym krokiem wynikającym trochę z braku czasu, trochę ze zmęczenia materiału (tak, tak - by móc się wreszcie napić bez konieczności ujmowania tego na blogu, a na zwykłej serwetce, kartce papieru, w notesie, za pomocą kilku - kilkunastu lakonicznych słów), trochę też ze względu na moment życiowy, w którym akurat przyszło mi się znaleźć - ten zaś był niepośledni i naprawdę nie miałem głowy do pisania o winie (do czytania zresztą także, choć moje ulubione blogi starałem się śledzić możliwie na bieżąco).

Po co to piszę? W sumie sam do końca nie wiem. Nie zależy mi na tłumaczeniu się z mojej przerwy w pisaniu, czy gorączkowym usprawiedliwianiu swojej internetowej nieobecności jako autor. Nie ta oglądalność bloga :-) Na pewno chciałem zebrać tu tę dłuższą chwilę w jedną całość, spojrzeć na ostatnie półrocze z blogowej perspektywy. Pić wina wszak nie przestałem, co więcej - sporo dobrego w tej materii mnie spotkało. I w sumie dobrze, że nadszedł moment, gdy ponownie zdecydowałem się o tym pisać.

Żeby nie przegadać, przechodzę do meritum (jak - nie przymierzając - pewien znany, niekoniecznie przeze mnie lubiany pieśniarz, mój faworyt wśród narcyzów polskich, a tych, trzeba przyznać, u nas niemało). Zacznę od wina, które piłem wczoraj i dziś. Żeby było śmieszniej - wina, które zdecydowanie odradzam.

Shell Segal Barkan 2010, bo o nim piszę, to klapa kompletna. Co rozczarowuje tym bardziej, że po spróbowaniu wersji z roku 2008, oczekiwania miałem naprawdę spore. No, ale po kolei.

W kieliszku nic niepokojącego nie zauważyłem. Bardzo jasne, złotawe, z oliwkowym refleksem. Powiedziałbym nawet, że wyglądało interesująco - zwłaszcza, ze względu na szczepy (Sauvignon Blanc, Colombard, Muscat). No i - jakby nie było - na swojego poprzednika z 2008.

Nos był jeszcze bardziej frapujący. Kłębiasty, mocno kwiatowy, z wyczuwalną słodyczą. W drugim podejściu zapachniało trochę białymi owocami (gruszka), ale na pierwszym planie cały czas było gęsto i różnorodnie. To, że zapachy momentami ze sobą nie współgrały było z jednej strony zachętą, z drugiej zaś - ostrzeżeniem. Mogło być różnie, ale na pewno miało być mocno.

W sumie, gdyby poprzestać na wąchaniu, Barkan z 2010 byłby fajnym, obiecującym trunkiem. Ja jednak oczywiście musiałem spróbować... Pierwsze co przyszło mi do głowy, to określenie woda kwiatowa. Wino absolutnie słabe, kwasowości zero, słodycz też nie potrafiła się przebić. Jedyne, co zapamiętałem pozytywnego, to jego całkiem smukła, krągła faktura, ale i ona ginęła w ogólnym słabym wrażeniu. Totalnie rozwodniony trunek, bez jakiegokolwiek charakteru, w ogóle niepoukładany. Drugiego dnia nabrał minimalnie lepszych cech, jednak poprawa była tak kosmetyczna, że w sumie nie wiem, czy nie była tylko wytworem mojej wyobraźni, pragnącej by wino po jednej dobie z brzydkiego kaczątka przemieniło się w łabędzia i olśniło mnie swoim smakiem i charakterem.

Szkoda tym większa, że opisywany Shell Segal Barkan 2010 stanowił towarzystwo dla dwóch potraw z łososia, które przez weekend udało się nam przygotować (łosoś w pesto z suszonych pomidorów oraz łosoś w glazurze z sosu teryiaki, ananasa i whisky). Doprawdy, słaba to była kompania, raczej na zasadzie na bezrybiu i rak ryba (nomen omen).

Z żalem stwierdzam - nie polecam.

A zarazem, raz jeszcze oficjalnie i ostatecznie - witam. Mam nadzieję, że na dłużej :-)

wtorek, 3 maja 2011

Winne Wtorki (3): Markus Molitor Zeltinger Himmelreich Riesling Kabinett 2009

Po ostatnim, dość niefortunnym wpisie dot. Winnych Wtorków, miałem krótki, acz treściwy plan. Nadrobić zaległości związane z Mullygruberem i przystąpić do kontynuacji cyklu WW - tym razem z nowo wybranym do degustacji winem - Riesling Kabinett 2009 od Markusa Molitora.

Niestety. Rzeczywistość spłatała mi kolejnego figla (po mocno opóźniającym się kurierze z winem z Australii). Figiel ów jest tyleż uciążliwy, co długotrwały i z tego oto powodu na czas najbliższy będę zmuszony wycofać się z czynnego uczestnictwa w Winnych Wtorkach. Inicjatywę rzecz jasna całym sobą popieram; w najbliższej przyszłości bliżej mi będzie jednak do sympatyka, niż do zaangażowanego uczestnika.

Z kronikarskiego obowiązku będę odnotowywał tu kolejne edycje WW, linkując zarazem do opisów pozostałych zaangażowanych w zabawę blogerów. Mając przy tym nadzieję, że gdy już wrócę do czynnego w niej uczestnictwa, i tu zajrzy parę osób, chcących skonfrontować ze sobą parę opisów tego samego wina.

Miłej lektury:

Amarone
Białe nad czerwonym
Czerwone czy białe?
Kontretykieta
Nie zawsze wina
Jongleur
Książka i Wino
Nasze-wina.pl
Sstarwines
Uncle Matt in Travel
Viniculture

wtorek, 19 kwietnia 2011

Winne Wtorki (2): Mullygrubber Semillon Chardonnay 2010

Mamy drugi Winny Wtorek, więc czas przystąpić do... linkowania. Niestety, wino, które zamówiłem w ubiegłym tygodniu jest jeszcze w drodze (sic!), stąd miast opisu wrażeń i wyrażenia opinii pozostaje mi tylko wrzucenie linków do postów, które napisali pozostali blogerzy zaangażowani w naszą zabawę. Postaram się nie czytać za wiele z ich recenzji, starając się być jak najbardziej subiektywnym, przygotowując swój opis. Mam nadzieję, że do następnego WW Mullygrubber do mnie dotrze :-)

Miłej lektury:




wtorek, 5 kwietnia 2011

Winne Wtorki (1): McGuigan Estate Shiraz 2009

Pierwsze koty za płoty! Winne Wtorki oficjalnie rozpoczęte, butelki australijskiego shiraza od McGuigana w paru polskich domach odkorkowane, można zacząć degustację!

Z tego co zdążyłem zauważyć, większość (wszyscy?) zainteresowanych zdążyła już opisać swoje wrażenia po degustacji pierwszego wspólnego - wirtualnie rzecz jasna - wina, stąd by być w stu procentach subiektywnym, powstrzymałem się od czytania ich opinii. Co przyszło mi z niemałym trudem. Stąd więc, by zaś dłużej się nie męczyć i móc zapoznać się z notkami degustacyjnymi wszystkich uczestników naszej zabawy, dorzucam swoje trzy grosze do dyskusji.

Kieliszek - kolor pełnej czerwieni, tu i ówdzie z ciemniejszym refleksem. Choć całość nieprzesadnie przekonująca; od shiraza oczekiwałbym bardziej zdecydowanej barwy. Mętnawe.

Charakter szczepu od razu za to czuć w nosie. Aromaty wędzone, w tle skojarzenia tostowe. Po zakręceniu kieliszkiem jest... gorzej. Buchnęło wędzarnią, zaplątały się tu i ówdzie czerwone przejrzałe owoce. Zrobiło się mało świeżo, widoki na dobre wino - marne.

Na podniebieniu zaskoczenie - jest całkiem (jak na wrażenia aromatyczne) nieźle. Wino jest stosunkowo miękkie, nieźle ułożone, momentami wręcz pluszowe. Wyważona, średniej długości końcówka współgra z miękkimi, niemal niezauważalnymi taninami. Zniknęły szorstkie i nieprzyjemne wrażenia znane z aromatu. Oto w ustach mamy bowiem całkiem niezłe, nowoświatowe, oparte na fajnej kwasowości i smaku dojrzałych czerwonych owoców wino. Nic filozoficznego, choć prostackim też bym go w sumie nie nazwał.

Moje odczucia po pierwszej odsłonie Winnych Wtorków są ambiwalentne. W skrócie próbowany shiraz można by określić tak: oko nieprzekonujące, aromat momentami odstręczający, usta poprawne choć bez większych zachwytów.

Werdykt? Ujdzie. Choć jednak trochę za drogo jak na takie wino (45 zł).

***
Z kronikarskiego obowiązku - z uwagi na aktualnie niedostępny dla mnie rocznik 2008, w Winny Wtorek opisałem wino z rocznika 2009 (również dopuszczonego do naszej zabawy).

sobota, 19 marca 2011

Io Teroldego Vallagarina Armani IGT 2008



Nazwa: Io Teroldego Vallagrina Armani IGT 2008
Pochodzenie: Włochy
Region: Trydent
Apelacja: Vallagarina, IGT
Szczepy: Teroldego
Rocznik: 2008
Zakup: Alma (Renoma), Wrocław
Cena: ok. 40 zł




Niedawno próbowane przeze mnie wino z Trydentu było moim debiutem w materii szczepu teroldego. Sam fakt, że nie miałem okazji obcować z nim nigdy wcześniej był dla mnie wystarczającym powodem do sięgnięcia po butelkę trunku  z winnicy Armani. Jak niebawem się okazało, grona z tego rodzaju mają swoją własną niebanalną historię, co uczyniło degustację jeszcze ciekawszą. Do rzeczy zatem.

Trunek w kieliszku prezentuje się klarownie. Barwa rubinowa, ładnie się mieni, tu i ówdzie wpada w matowy kolor dżemu truskawkowego.

Pierwszy kontakt z aromatem wina to przede wszystkim skojarzenia z dymem i tytoniem; nuty owocowe zdecydowanie w drugim planie, mocno zredukowane. Gdy wino pooddychało, wyczułem aromaty ciemnych owoców, z śliwką na czele. W dalszym ciągu zdecydowana przewaga nut dymnych i skórzanych.

Usta mocno kwasowe, żywe, niesforne. Trunek zdaje się być chropowaty (choć tanin niewiele), może otworzyłem tę butelkę nieco za wcześnie? Wino długie, z przesiąkniętym goryczką finiszem; owocu początkowo nie uświadczysz. Charakterne.

Im dalej w las - tym lepiej. Wino stało się miękkie, chropawe ziołowe nuty w finiszu wygładziły się, budowa nabrała większej mocy, przy zachowaniu eleganckiej krągłości. Pojawiły się też nuty jeżynowe, co ciekawie spięło w całość pozostałe wrażenia.

Jak nic wino na długie godziny. Polecam bez cienia wątpliwości - sam zaś zabiorę się zapewne za dalszą eksplorację tematyki teroldego. Wszelkie sugestie w temacie mile widziane :-)

niedziela, 9 stycznia 2011

Trivento Shiraz Malbec 2009


Zazwyczaj, gdy będąc w towarzystwie nastrój nie sprzyja kontemplowaniu winnego trunku (umówmy się, że nie zawsze jest czas na wino trudne), decyduję się na butelkę któregoś z reprezentantów Nowego Świata, tusząc, iż zaproponowane wino spodoba się obecnym, ja zaś nie będę zmuszony nabywać Carlo Rossi, czy innej Sophii. No i przy okazji spróbuję kolejnego przyjemnego, nietrudnego i smacznego wina, co samo w sobie także bywa przedmiotem mojego szczególnego zainteresowania. Tak też - pokrótce rzecz ujmując - doszło do zakupu argentyńskiego Trivento.

W kieliszku wino nie zachwyciło, choć wyglądało przyzwoicie; kolor średnio dojrzałej wiśni, klarowne, może trochę nazbyt rozwodnione jak na Malbeca.

Nos dość jednowymiarowy; skojarzenia głównie pikantne. Na pierwszym planie trochę za dużo alkoholu, choć może temperatura wina była ciut za wysoka.

Usta to przede wszystkim żywa kwasowość, choć brak równoważącej jej słodyczy; wino zdaje się być nieułożone. Mało owoców, niewiele też czuć smaków charakterystycznych dla Shiraza. Przeważają aromaty ciemne (czekolada?). W dłuższej perspektywie niedojrzała wiśnia. Finisz długi; na plus zdecydowanie należy zaliczyć fajne, miękkie garbniki.

Trivento Shiraz Malbec 2009 okazało się słabym winem, przede wszystkim ze względu na swoją małą owocowość i ogólny brak harmonii (czyli de facto tych elementów, które stanowią o ogólnie pojętym charakterze win z Nowego Świata). Miękkie taniny i skojarzenia z czekoladą to trochę za mało.

piątek, 7 stycznia 2011

Thummerer Egri Bertram Cuvée 2006

Dłuższa chwila upłynęła od momentu, w którym ostatni raz piłem węgierskie wino. Szczerze powiedziawszy, w ramach bloga Węgry kojarzą mi się przede wszystkim z winiarnią Borpince i rewelacyjnym Olaszrizlingiem z Somló z 2004 roku, który uznałem za najlepsze białe wino przed dwoma laty (właśnie się zorientowałem, że nie było tu jeszcze ani słowa o Egri Bikaverze, zaś o Tokaju przydarzyło mi się wspomnieć tylko raz i to też przy okazji; ot na przekór węgierskim stereotypom :-)). Tym chętniej odkorkowałem butelkę z madziarskim trunkiem; tym razem padło na Thummerer Egri Bertram Cuvée 2006.

Z kronikarskiego obowiązku - egerskie wino to blend trzech szczepów; mamy w nim Kékfrankosa, jest także Blauburger oraz Merlot. Trunek pochodzi od Thummerera.

Oko wiśniowe, w pewnym stopniu przyczernione i mało klarowne. Choć - oddajmy sprawiedliwość - wino zdaje się być nieco wodnite.

Nos w pierwszym kontakcie rozczarowuje - syntetyczny, kompotowy, wiedzie skojarzenia wprost do przesłodzonego dżemu wiśniowo-malinowego. W dłuższej perspektywie jednak zyskuje, nabierając ciemniejszych odcieni czekolady i śliwki.

W ustach wino zdaje się być jeszcze zielone, niedojrzałe (rocznik 2006!); jest lekkie, wodnite, w niedługim finiszu gryzie cierpkimi i zielonymi taninami. Gdy wino pooddychało, nabrało walorów pozytywnych, na czele z ciekawymi, suchymi i lekko trzeszczącymi garbnikami. Na pierwszym planie wyodrębniły się, mocno zredukowane na początku, aromaty bzu i dzikiej róży. Wino chropowate, niepokorne, z całą pewnością z charakterem.

Thummerer Egri Bertram Cuvée 2006 okazał się ciekawym winem z potencjałem; biorąc pod uwagę to jak się rozwijało, zdecydowanie zalecam dekantację. Kontrowersyjny i intrygujący trunek.

niedziela, 12 grudnia 2010

Letnie Reminiscencje, cz. 5: Telavi Marani Napareuli 2005

W miarę przyrostu ilości śniegu za oknem (przyznacie, że ostatnio na niedosyt białego puchu nie narzekamy), coraz chętniej wracam do wspomnień z minionego lata, co i rusz przebierając wśród opisów win, które podczas wakacji spróbowałem. Odkładam nieco przy tym na bok trunki degustowane aktualnie, ale co tam! Z zimą pewnie się tak czy siak oswoję (narty, święta, grzaniec), przed tym jednak chwilę jeszcze powspominam.

Telavi Marani Napareuli 2005 nabyłem, zachęcony pozytywnymi głosami o winach gruzińskich, na które ładnych już kilka razy natknąłem się w sieci. Zakupu dokonałem tym chętniej, że do tej pory spróbować produktu gruzińskiego udało mi się bodaj raz. Czyniąc całe przedsięwzięcie nieco bardziej złożonym, dokupiłem do wina dwa sery (Bigio i Manchego). Opis wrażeń - poniżej.

Zacznijmy od wina. Ekstraktywny, czerwony kolor; wino zdaje się być esencjonalne, zawiesiste, gęste. Nos równie nasycony, gęsty, pełny; dominują ciemne, czerwone owoce, czuć także czekoladę i - w dłuższej perspektywie - kłujące igliwie.

W ustach wino jest harmonijne; wrażenia współgrają z wcześniejszymi. Mamy więc czerwone owoce, dodatkowo wyczuwalna jest gorzka czekolada i suszone śliwki. Tęgie, krągłe ciało, z słuszną (acz utrzymaną w ryzach) kwasowością, dobrze rozwijające się. Mocno ściągają taniny.

W połączeniu z serem Bigio (twardy, kruchy, z pewną dozą wilgoci; mocno intensywny w nosie i ciut delikatniejszy w ustach; wyczuwalne nuty mleka i czosnku) wino straciło trochę na mocy, robiąc wrażenie nieco wodnitego. Sam ser zaś zdecydowanie zyskał; zdawał się w smaku pełniejszy i bardziej mleczny.

Manchego z kolei (miękki, zdecydowanie mniej wyrazisty, słonawy) w zestawieniu z winem zyskał na kruchości, stając się trochę bardziej charakterny. Wino zyskało na kwasowości, zaś taniny nieco się ugładziły.

Trunek sam w sobie uważam za ciekawy - na pewno godzien jest swojej ceny (niecałe 40 zł). Połączenia z serem równie udane, ze wskazaniem na Bigio. Jako wino do samodzielnego wypicia, próbowane Telavi sprawdza się w 100%; polecam zwłaszcza osobom gustującym w winach mocnych, ekstraktywnych, bardzo aromatycznych. Te wolące wina lżejsze bynajmniej do gruzińskiego trunku nie powinny mieć większych zastrzeżeń.

PS. Zainteresowani dawno już wiedzą, ale jakby kto obudził się wczoraj - od paru dni znamy już werdykt konkursu Grand Prix Magazynu Wino 2010. A z tego materiału zmontowanego przez Jerzego Kruka, dowiecie się jak uczestnicy Grand Prix ocenili sam panel na gorąco. Przy okazji można zobaczyć paru znajomych blogerów :-)

czwartek, 18 listopada 2010

Letnie reminiscencje, cz. 4: Pinot Noir Saint Clair Marlborough 2006

Przeglądając opisy win, które przyszło mi próbować minionego lata, natknąłem się niedawno na trunek, który był moim prezentem urodzinowym. Odkąd znajomi wiedzą, że lubię napić się dobrego wina (kto nie lubi?), kwestia podarunku z okazji urodzin wydaje się oczywista. Choć nie do końca - opinia jako tako obeznanego w temacie winomana (skutecznie ją w kręgu bliskich pielęgnuję; inną rzeczą jest, że im więcej win przychodzi mi spróbować, tym bardziej zdaję sobie sprawę jak wiele jeszcze w tej materii przede mną) sprawia, że przed wręczeniem mi okolicznościowej butelki, krąg wtajemniczonych dokonuje wyboru cokolwiek ostrożnie, zakładając zapewne, że od razu połapię się, jeśli tylko przyjdzie im na myśl sprezentować mi wino w cząstce niewielkiej tego niegodne, wychwycę każdy fałszywy niuans, zdemaskuję na wejściu próbę wręczenia mi wina, które po części choć odstaje od grona win wielkich. To oczywiście gruba przesada; skłamałbym jednak, gdybym napisał, że owa opinia nie łechce choć po trosze mego winnego ego :-)

 Skoro wiemy już w jakich okolicznościach przyszło mi dziękować za butelkę, którą zostałem w połowie lata obdarowany (pierwsze nowozelandzkie wino, jakiego spróbowałem - zatem wybór z definicji trafny!), czas na zwyczajowy opis wrażeń.

Klarowne, nieco jaśniejsze, rubinowe oko. Tu i ówdzie błyśnie wiśnią.

Nos lekki, nieco przydymiony, w specyficzny sposób kłujący. Nasycony ciemnoczerwonymi owocami.

Usta szalenie aksamitne, miękkie. Harmonijnie skrojona kwasowość, w minimalnej swojej dozie bardzo elegancka. Wino krągłe, dobrze wyważone, momentami w finiszu wręcz zwiewne. Miękkie i dopełniające całość garbniki.

W moim winnym kajecie zanotowałem przy opisie tego Pinota "świetne na prezent!". Czytając to, co przed momentem napisałem na blogu, utwierdzam się w tym przekonaniu. Trunek spokojnie godzien polecenia - choć nie dla tych, którzy w winie szukają wrażeń i kontrowersji.

PS. Chciałem sklecić kilka słów na temat niedawnego Grand Prix Magazynu Wino, podczas którego wybieraliśmy w gronie redaktorów Magazynu, sommelierów i, a jakże, blogerów najlepsze wina 2010 roku w Polsce. Jednak wskutek tego, że po pierwsze z przyczyn obiektywnych nie mogłem być obecny podczas drugiego dnia Grand Prix (przepadły mi wina różowe i czerwone, do diabła!), po drugie zaś po przejrzeniu dziś winnej blogosfery nie bardzo jest już co dodać, nie pozostaje mi nic innego, jak podpisać się pod opinią Ewy. Istotnie, degustacja win w ciemno, pozwoliła odrzeć trunki z balastu etykiet, apelacji i producentów. Pozostało czyste w swojej formie wino. Najchętniej piłbym je właśnie tak - tylko kto wtedy by je dla mnie wybierał?
PS 2. Niecierpliwi mogą przeczytać wrażenia z pierwszego dnia Grand Prix autorstwa Wojciecha Bońkowskiego. A 7 grudnia zagrają fanfary - wtedy poznamy najlepsze wina 2010 roku w Polsce. Nie ukrywam, czekam z niecierpliwością.

środa, 1 września 2010

Letnie Reminiscencje, cz.2: Soave Classico Farina 2008

Za oknem ziąb, wiatr i wręcz tony chmur. Zwalistych, ciemnych, złowrogich i dojmujących. W kontekście z nękającymi nas nie tak dawno upałami, powoduje ów stan aury pewną moją konfuzję. Domyślam się, że rodzimi winiarze pogodowych powodów do zmartwień mają jeszcze więcej (nad czym z oczywistych względów szczerze ubolewam), ale bynajmniej nie zajrzałem tu, by publicznie się umartwiać. Skoro bowiem zrobiło nam się jesiennie, chciałbym powrócić do lata choć we wspomnieniach i przy szeleszczącym akompaniamencie deszczu przypomnieć sobie, cóż podczas upałów przydarzyło mi się wypić.


Soave Classico Farina 2008 DOC zakupiłem po możliwości spróbowania wina podczas marketowej degustacji. Oprócz wspomnianego, degustowaliśmy jeszcze organiczne Fasoli Gino Soave Borgoletto 2008 DOC (lekkie, sporo niepokornej kwasowości, dość jednowymiarowe). Lubię takie okazje (któż nie lubi?), bo choć warunki nie najlepsze, można wyrobić sobie wstępną opinię o danym trunku, bez konieczności finansowania całej zabawy. W tym przypadku pierwsze wspomniane wino zasmakowało, wskutek czego bez obaw nabyłem butelkę tegoż. Nie bez znaczenia był także kupaż (Classico stworzono ze szczepów Garganega i Trebbiano; Borgoletto to tylko Garganega).

W kieliszku słomkowe z wyraźnie zaznaczonym złotym refleksem. W sporej ilości uwolniły się bąbelki - dobrze, czy nie?

Chyba dobrze. Nos rześki, bardzo świeży (wino z rocznika 2008). Skojarzenia - kwiaty, białe owoce; po zakręceniu kieliszkiem sporo kwaskowej otoczki.

Usta świetnie zbudowane wokół kwasowego, agrestowego kręgosłupa. Trunek zbilansowany; kwasowość harmonijnie jest równoważona miękką, delikatną słodyczą. Jak nic wino na lato - lekkie, dobrze skomponowane, nie przesadnie ugładzone, orzeźwiające. Polecam!

***
Nie tak dawno, w tym samym sklepie, przypadkowo usłyszałem rozmowę dwóch klientek. Stały przy półkach z winem, trzymając dwa opisane wyżej rodzaje Soave. Będąc świadkiem ich niezdecydowania, wspartego stosowną dozą desperacji ("A może kupimy po prostu Fresco?"), ruszyłem z oratorską odsieczą, wskutek czego panie wyszły zadowolone z butelką Soave Farina 2008, ja zaś wyszedłem zadowolony po udanej akcji przekonywująco - perswazyjnej. De facto pierwszy raz przekonywałem obcą mi osobę do zakupu danego wina. Pytanie "Dlaczego akurat to wino jest dobre?" naprawdę nie jest tak łatwe :-)

sobota, 21 sierpnia 2010

Letnie Reminiscencje, cz.1: Fehervari Somlói Olaszrizling 2004


Skoro słowo się rzekło, czas zasiąść do pisania. Minęły trzy miesiące, wina tu i ówdzie się napiłem, teraz wypadałoby przypomnieć co ciekawsze trunki. Rzeczą oczywistą jest, że wszystkiego na łamach bloga przypomnieć nie zdołam, co nieco jednak udało mi się zapamiętać. Z wydatną pomocą mojego wysłużonego kajetu, rzecz jasna. A że lubię bawić się w serie postów (vide: Austryjackie dylemata), postanowiłem nazwać artykuły przypominające to, co działo się w ciągu mojego blogowego milczenia, Letnimi Reminiscencjami. A co mi tam.

Na pierwszy ogień biorę Fehervari Somlói Olaszrizling 2004. Nie mogłem się oprzeć pokusie ponownego spróbowania tego węgierskiego wina. Uznałem je za najlepsze białe wino, jakie miałem okazję spróbować w 2009 roku; odgrażałem się też wówczas, że w tym roku również je odkorkuję. Trochę celem porównania, trochę z oczywistych względów - jak tu odmówić sobie TAKIEGO trunku?

Wino już w kieliszku cieszy oko. Ładna, miodowa barwa, mieniąca się tu i ówdzie złotym refleksem. Zasadniczo tony ciemniejsze, choć mam wrażenie, że generalnie wino widzę jaśniej, niż zapamiętałem z pierwszego spotkania z Olaszrizlingiem.

Nos pełny, zdecydowany, wielopoziomowy.Trochę kurzu, trochę mokrej skały, w drugi tchnieniu wsparty słodkim syropem. Przy tym zadziorny, nie przesadnie przesłodzony.

Usta to przede wszystkim fantastyczna kwasowość. Oparty na niej kręgosłup trunku utrzymuje wino w ryzach, z jednej strony nie dając się ulotnić coraz lepszym wrażeniom, z drugiej zaś zachęcając do dalszej degustacji. Ciało wyrównane, kruche (acz mocne), świetna koegzystencja słodyczy z goryczą. Pięknie się otwiera, rozszerzając bukiet o delikatne perfumy i kwiaty.

Opis powyższy choć trochę mniej entuzjastyczny od tego z ubiegłego roku, zasadniczo potwierdzić miał jedną kwestię (i mam nadzieję, że ten cel udało się osiągnąć): Fehervari Somlói Olaszrizling z 2004 roku to fantastyczne wino. Kto ma okazję, niech koniecznie spróbuje; satysfakcja gwarantowana!

CDN.

czwartek, 20 maja 2010

Gulfi Nero d'Avola Rossojbleo 2007

Nazwa: Gulfi Nero d'Avola Rossojbleo 2007
Pochodzenie: Włochy
Region:Sycylia
Apelacja: IGT
Szczepy: Nero d'Avola
Rocznik: 2007
Zakup: Wina i Specjały, Wrocław
Cena: 57,50 zł

Jako, że od niemal dwóch miesięcy pijałem wyłącznie opisywane w Austryjackich dylematach raczej lżejsze wina austriackie, odczułem niedawno przemożną chęć spróbowania trunku w naturze swej bardziej złożonego, trudniejszego, który mógłby z jednej strony dostarczyć materiału wielowymiarowego, zmuszającego do zastanowienia, z drugiej zaś ucieszyłby podniebienie swoją siłą i niemałą mocą. Za dobrą radą doświadczonego winnego doradcy, nabyłem butelkę Rossojbleo prosto z sycylijskiej winnicy Gulfi. A jeśli Sycylia, to wiadomo - Nero d'Avola.

Tytułem wtrącenia dodam jeszcze, że degustację Rossojbleo
połączyłem z smakowaniem serów - czyniąc całą operację małym świętem smaku i aromatu. Ot, próba odreagowania po austriackich winnych wojażach. Poniżej tradycyjny opis wrażeń i próba ubrania degustacji w słowa.

W kieliszku barwa ciemna, najbardziej podpada pod bordo. Faktura gęsta, mętna, minimalny stopień klarowności. Mimo wszystko - nie dekantowałem.

W pierwszym nosie aromat jakby schowany; z trudem przebija się przez gęstą zawiesinę wina. Skojarzenia z ciemnymi, czerwonymi owocami, głównie dojrzałej wiśni. Drugi nos cokolwiek ciekawszy, na pierwszym planie pojawiła się mocna, dobrze zbudowana, czerwona porzeczka. W drugim planie nuty garbowanej skóry i wędzarni.

Na podniebieniu wino atakuje natychmiastowo. Mocne, pełne, długie. Wsparte mocarnymi garbnikami; w charakterze swoim ciemne, nieprzejrzyste. Finał długi, choć trochę zmiękczony; idąc w stronę odczuć bliższych synestezji, można by napisać, iż wino jest purpurowe, finisz zaś nieco jaśniejszy i bliższy czerwieni. Kapitalnie się otwiera, zyskując w miarę upływu czasu nieco inną, lżejszą barwę. Podpartą posmakiem pikantnym. Mocna rzecz!


Będąc zdecydowanie kontent po spróbowaniu wina, jego przyszłe połączenie z serami wydawało się bardziej nęcące. Sery nabyłem trzy - każdy o nieco innej charakterystyce.

Najbardziej miękki z nich to Boschetto z truflami, będący mieszanką z mleka owczego i krowiego. Sam w sobie wyborny, z winem skomponował się wręcz wspaniale. Na pierwszy plan w trunku wyszły nuty czerwonych owoców, ładnie się tym samym uwydatniając. Z kolei sam ser dostał jakby kolejnego wymiaru; bardzo głęboki, wyrazisty i długi smak, z wciągającym, ostro-słonym charakterem (czosnek, trufle, mleko). Zdecydowanie rekomenduję!

Drugim w kolei próbowanym serem była piemoncka töma - średnio-twarda, słonawa, delikatniejsza niż swój poprzednik. Z dodającą całości fajnego sznytu, pikantną skórką. W zestawieniu z winem ser zabrzmiał przede wszystkim łagodnie, dając się uspokoić w towarzystwie silnego trunku. Właściwie zagrało to i w drugą stronę, bowiem Rossojbleo w połączeniu z serem z Piemontu również ukazało swoją łagodniejszą stronę. Warto sprawdzić samemu.

Pecorino Nerone - to ostatni z degustowanych tego wieczoru serów. Najtwardszy, pochodzenia owczego. W opisywanym zestawieniu mocno wpłynął na wino, czyniąc je jeszcze mocniejszym, bardziej zdecydowanym, wysuwającym na pierwszy plan nuty kwasowe i pikantne. W finiszu aż nieprzyjemne. Sam ser łącząc się z trunkiem, zyskał nieco na architekturze, która stała się ciekawie nienatleniona i chropowata. Fajnie zagrały taniny, podsuszając nieco ser, któremu wyraźnie to się przydało. Kontrowersyjna fuzja.


***
Opisaną wyżej degustację jednoznacznie oceniam jako bardzo dobrą, momentami wręcz doskonałą. Wino okazało się godne polecenia, same sery również. Wybitnym połączeniem nazwać z czystym sumieniem mogę zestawienie Rossojbleo wespół z Boschetto z truflami. Oby jak najwięcej takich fuzji.

niedziela, 16 maja 2010

Austryjackie dylemata - Weissburgunder


Niepostrzeżenie znaleźliśmy się na ostatniej prostej Austryjackich dylematów. Oto przychodzi mi opisać ostatnią butelkę z mojej gasslerowskiej kolekcji, Weissburgundera. Później już tylko powrót do wszystkich wspomnień, chwila zastanowienia i werdykt - mający na celu wskazanie najciekawszych moim zdaniem trunków Gasslera z 2008 roku. Czy to komuś się przyda, jest kwestią wtórną, natomiast chętnie porównałbym moją opinię o poszczególnych winach z kimś innym. Ochotnicy mile widziani :-)

Do rzeczonego pinota podszedłem wręcz z ekscytacją - w moim roboczym kajecie przy opisie poprzedniej butelki znalazłem jedno tylko słowo: "Najlepsze!". Ha, czy i tak mnie porwie tym razem? Oto i zagwozdka.

Zatem do rzeczy. Barwa jasnożółta, pełna, naturalna. Mieni się tu i ówdzie refleksem zielonkawym. W oczywisty sposób klarowne.

Pierwszy nos pełny a zarazem i delikatny. Skojarzenia: kwiaty, białe owoce, może morele. Nos drugi bardzo przyjemny; zmiękczony pastelowym gruszkowo-morelowym aromatem.

Na podniebieniu słodkawe z fajnymi akcentami kwasowości. Te kwasowe wtrącenia przypominają mi Welschrieslinga, natomiast tu ich charakter nie jest tak ekspansywny; wyraźnie utrzymane są w ryzach. Smaki tożsame z aromatami, budowa średnia, zbilansowana. Oleiste. W długim i wyrazistym finiszu kolejna doza zmiękczenia, dająca winu kilka wymiarów.

Wino ciekawie otworzyło się lekkim skojarzeniem z melonem; nabrało także więcej goryczki. Jak dla mnie - naprawdę dobrze stworzony trunek; jestem w 100% za!

sobota, 15 maja 2010

Austryjackie dylemata - Welschriesling

Byłem bardzo ciekaw tego wina. Welschriesling bowiem podczas pierwszej rundy degustacji trunków z mojego austriackiego pakietu zaprezentował się bardzo dobrze, by nie powiedzieć wyśmienicie. Jako, że moje notatki z tamtego okresu pozostają jednak dość ascetyczne (dosłownie kilka skreślonych pospiesznie słów-kluczy), na moją ich dzisiejszą interpretację patrzę nader podejrzliwie, będąc skłonnym raczej uznać za prawdziwe to, co wydarzy się z drugą butelką WR. I co opisane zostało poniżej.

W kieliszku jednorodna, złotawa barwa. Klarowne i bez zbędnych, rozpraszających refleksów innej proweniencji. Bąbelków parę, pojawiły się raczej z przyzwoitości, niż w roli zwiastunów szczególnych mineralnych przymiotów trunku.

Pierwszy nos kłujący, bardzo świeży, z wyraźnym atakiem aromatu jabłkowego. W drugim planie czai się element zakurzony, jakby pylisty - co może czynić to wino wielkim, jednakowoż może je także pogrążyć. Robi się ciekawie.

Nos drugi: powtórka pierwszego z fajnym, kwiatowym wtrętem. Bardzo ciekawy, zimny aromat (wino nie było przesadnie schłodzone - to raczej właściwość zapachu, niż po prostu temperatura trunku). Coraz lepsze rokowania.

Na podniebieniu przede wszystkim owocowa kwasowość, wsparta znanym z próby pierwszego nosa zakurzonym odczuciem. Solidne ciało, to bez wątpienia najtęższe z dotychczas próbowanych białych austriackich. Kwasowe wrażenia dominują i utrzymują się do końca stosunkowo długiego finiszu.

Opisywana kwasowość bardzo naturalnie rozwija się w miarę oddychania trunku, natomiast zmierza to wszystko w przewidywanym kierunku. Na niespodzianki w przypadku WR nie ma chyba co liczyć.

Naprawdę niezłe wino. Z jakże intrygującym "kurzowym" podmuchem. Od razu odkrywa jednak wszystkie karty, nie dając szansy na wgłębienie się w jego walory. Dobre lecz jednowymiarowe.

piątek, 14 maja 2010

Austryjackie dylemata - Rheinriesling


Przeciągnięty nieco w czasie panel win austriackich (w dodatku zakupionych u jednego producenta) nabiera nam rumieńców. Oto w szranki i konkury staje czwarty z rzędu trunek, za którego powstanie odpowiedzialny jest Johann Gassler; Panie i Panowie - Rheinriesling.

Oko nieuzbrojone zauważa w kieliszku sporą ilość bąbelków, co każe domniemywać mineralnej faktury wina. Kolor jasnozłoty, wpadający gdzieniegdzie w oliwkową manierę. Bardzo klarowne.

Pierwszy nos jest kwaśny niedojrzałymi zielonymi jabłkami. Próba drugiego nosa przywodzi na myśl skojarzenia z dżemem; zapachy są słodsze, bardziej nasycone, wciąż oscylujące wokół jabłkowych konotacji. Co cieszy, spora w tym doza świeżości.

Na podniebieniu pierwsze co zwraca uwagę, to stosunkowa duża oleistość wina, zdecydowanie nie współgrająca z wrażeniami wzrokowymi i zapachowymi. Ciało stabilniejsze niż można było założyć. Skojarzenia stricte smakowe zbieżne z aromatem i wyglądem.

Gdy wino trochę pooddychało, z czasem budowa zdała się trochę lżejsza. Choć w smaku trunek nieco ciemnieje; wręcz parcieje. Więcej zrobiło się na języku swoistego luzu, więcej przestrzeni, ale za to z dozą nieprzyjemnej gorzkiej smugi. Nie da się nie stwierdzić, że w miarę otwierania się wino traciło.

W porównaniu do pierwszej tury i pierwszej degustacji Rheinrieslinga, trunek wypadł mocno porównawczo. W drugiej turze zdecydowanie przegrywa ze swoim poprzednikiem, GV. Średnie.

PS. Odpaliłem na próbę konto na Twitterze. Dla eksperymentu spróbuję trochę poćwierkać o moich winnych poszukiwaniach. Zainteresowanych zapraszam, niezainteresowanych... też :-)