niedziela, 28 lutego 2010

Dobrze poczytać o winie


Niedawno wpadł mi w ręce najnowszy numer prenumerowanego przeze mnie Magazynu Wino. Nie byłoby w tym nic dziwnego (zwłaszcza w kontekście pisania o tym na blogu), gdyby nie jeden, istotny fakt. Otóż periodyk ów przeszedł w ostatnim czasie spory lifting, zdecydowanie działający na korzyść jego odbioru. A że wino nie tylko pijamy, a staramy się o nim także czytać, warto odnotować ten zabieg. Zwłaszcza, że to kolejna cegiełka w konsekwentnie prowadzonej przez redaktorów magazynu misji promowania kultury wina w Polsce. A przy okazji i kolejny przejaw profesjonalizacji. Zatem co takiego się zmieniło?

Po pierwsze - rozmiar gazety i jakość papieru. Ten używany aktualnie jest o ton lepszy od swojego poprzednika, sam periodyk zaś zyskał nieco na wysokości. Co dalej? Ładny, unowocześniony layout całości, czytelniejsze rozplanowanie treści, konsekwentnie utrzymany kształt pisma. Zniknęła większość reklam. Przyznaję, że nieco przeszkadzało to w odbiorze treści w poprzednich numerach magazynu; tam content reklamowy stanowił naprawdę sporą część całości. Oczywiście zdaję sobie sprawę z prostej zależności przekładającej się z ilości reklam w numerze na zawartość opisanej w nim treści - natomiast jako czytelnika cieszy mnie znalezienie przez wydawcę drogi kompromisu łączącej wysoką jakość merytoryczną gazety z relatywnie niewielką - zwłaszcza w porównaniu - zawartością treści promocyjnych. Tyle na szybko, jeżeli chodzi o te bardziej zauważalne okiem nieuzbrojonym zmiany. A cóż zmianie nie uległo?

Na pewno wysoka jakość artykułów. Nie zamierzam wypisywać tu jakichś przesłodzonych laurek na cześć autorów, natomiast sprawiedliwie mogę oddać im, że przekazywane treści pozostają merytorycznie na wysokim poziomie. Co w zestawieniu z poprawioną jakością przekazu daje nam naprawdę dobrą wypadkową. Felietony niezmiennie ciekawe, artykuły tematyczne intrygują, panel win (i wód!) jak zawsze interesujący.

Żeby nie przedobrzyć - po prostu zachęcam do lektury najnowszego numeru Magazynu Wino. I gwarantuję, że za poniższą notkę nie zostałem przez wydawcę w jakikolwiek sposób wynagrodzony :-)

PS. A w kontekście tytułu notki, mam nadzieję, że dobrze poczytać również i "O winie" :-)

piątek, 1 stycznia 2010

Tytułem podsumowania

Choć zwyczaj nakazuje, aby wszelakie roczne podsumowania publikować jeszcze przed nastaniem nowego roku (co jednak często prowadzi do przesady i każe czytać tego typu publikacje przykładowo na początku listopada...), ja dla odmiany chciałbym zaprosić do przeczytania notki podsumowującej miniony rok właśnie teraz, w pierwszy dzień drugiej dekady lat dwutysięcznych. Trochę z przekory, trochę z braku czasu, trochę też z lenistwa. No i z wyrachowania także - mam ten komfort, że mogę zerknąć w podsumowania innych i się do nich ustosunkować :-)

Wino roku - białe

Bezsprzecznie Fehérvári Somlói Olaszrizling. Choć węgierskiego trunku próbowałem jeszcze w lipcu, a więc krótko po tym jak zainteresowałem się winami bliżej i łatwiej było mi o zachwyty, nie mając stosownych punktów odniesienia (nadal zresztą uważam się w tej materii za początkującego), to wrażenie jakie na mnie wywołał wciąż we mnie pozostaje. Z wielką chęcią spróbowałbym go raz jeszcze, co zresztą w 2010 roku uczynić planuję. Ciekawe, jak zasmakuje mi wtedy, w konfrontacji ze znacznie większą liczbą degustowanych w międzyczasie trunków. Wino absolutnie godne polecenia.

Wino roku - czerwone


T
u również nie mam wątpliwości. Na wyróżnienie zasłużyła portugalska Farizoa, pochodząca z regionu Alentejano, wyprodukowana w 2003 roku, ze szczepów Aragonêz (portugalska odmiana Tempranillo), Trincadeira i Alfrocheiro. Wina na łamach bloga jeszcze nie opisywałem, a to ze względu na to, iż degustacja odbyła się w Portugalii, w lizbońskim instytucie wina podczas naszych wakacyjnych wojaży, czekających wszak wciąż na szersze ich zaprezentowanie w tym miejscu.

Zatem tytułem zapowiedzi: w kieliszku ładna, pełna czerwień wespół z kolorem ciemnej herbaty; nos bardzo przyjemny i słodki (dżem truskawkowy, powidła śliwkowe), wpadający pod koniec w nuty bardziej pikantne. Usta jasne, harmonijne, z świetnie wyważonym poziomem kwasowości, bardzo charakterystyczne i fantastycznie owocowe. Wino wciąga niemal od razu, stosunkowo szybko się otwierając. Bardzo nasycone, wręcz przepełnione owocowymi nutami. Wszystko zestawione w proporcjach niemalże idealnych, podręcznikowych. Przy tym dalekie od banału, ba, ocierające się wręcz o geniusz prostoty. Cudo, nie wino!

Odkrycie roku

Feniks 2008. Zakupiony z ekscytacją właściwą nabywaniu nielicznych oficjalnie sprzedawanych trunków polskich, przy degustacji co i rusz dostarczał olbrzymiej porcji pozytywnych wrażeń. Najlepszy dowód na potężny potencjał polskiego winiarstwa. Znalazł uznanie wśród zawodowców podczas tematycznych festiwali (trzecie miejsce podczas międzynarodowego konkursu winiarskiego Vinoforum), zachwycił także miłośników wina, delektujących się trunkami w mniej profesjonalnym wydaniu (niespodzianka roku wg Sstarwines). Oby więcej takich win. I to z Polski!



Szczep roku

Shiraz
. Nie był najczęściej przeze mnie próbowanym, za to bezsprzecznie najbardziej zapadającym w pamięć swoją różnorodnością i zdecydowanym charakterem. Potrafiący być zarówno łagodnie smukły jak i elegancko niepokorny. Wielowymiarowy, od razu rozpoznawalny. Dający dużo radości w odkrywaniu jego złożonego charakteru.



Rozczarowanie roku

Ponownie czas zagrać portugalską kartą. Bo w tej kategorii palma pierwszeństwa zdecydowanie należy się umiejscowionej w Porto słynnej winiarni Sandeman, którą razem z Anią wybraliśmy się zwiedzić, już po wizytach u kilku innych, nie mniej znanych producentów porto. Na miejscu okazało się, że marka i renoma winiarni mocno uderzyły do głowy jej pracownikom. Zero profesjonalizmu, lekceważenie gości, traktowanie z góry i wysokie ceny - przyznacie, że średnio to wygląda? Nie zabawiliśmy w Sandemanie za długo i wszystkim odradzamy wizytę w królestwie czarnej postaci z płaszczem. Profesjonalizm nie polega na zadzieraniu nosa, profesjonalizm to otwartość, życzliwość i właściwe wykonanie swoich obowiązków. Także tych pełnionych jako gospodarz.

czwartek, 31 grudnia 2009

Na zakończenie roku

Przed nami kilka ostatnich godzin 2009 roku. Na szersze podsumowania, nierozerwalnie związane z winem, przyjdzie jeszcze czas. To był bowiem całkiem dobry rok i szkoda byłoby puścić wszystko w niepamięć, nie dając szansy zaistnienia kilku wspomnieniom na blogu.

Tymczasem jednak chciałbym życzyć wszystkim Czytelnikom, aby nadchodzący 2010 rok okazał się choć trochę lepszy niż jego poprzednik. Obyśmy wszyscy mieli powodu ku temu, by dla specjalnych i radosnych okazji częściej móc odkorkowywać butelki dobrych i zaskakujących win.

Wirtualny toast wznoszę nad Lizboną, w kieliszku zaś połyskuje Vinho Verde Gazeli, marki w Portugalii znanej, popularnej i lubianej. Na szampana (a raczej wyrób szampanopodobny, znając życie) czas przyjdzie później.

Wszystkiego dobrego!

sobota, 26 grudnia 2009

Valtier Utiel - Requena Reserva 2000


Nazwa: Valtier Utiel - Requena Reserva 2000
Pochodzenie: Hiszpania
Region:Utiel - Requena
Apelacja: Denominación de Origen
Szczepy: Tempranillo, Bobal
Rocznik: 2000
Zakup: wino otrzymane w prezencie
Cena:

Świąteczny nastrój poprzedniej notki na blogu okazał się mocno inspirujący. Na tyle, że postanowiłem zrobić kolejny kroczek w nadrabianiu zaległości jeśli chodzi o opisywanie kolejnych próbowanych win. A żeby nie spsuć przy tym pieczołowicie tkanej atmosfery Świąt, na tapetę idzie trunek, który otrzymałem w prezencie na Mikołaja. Czyli pozostajemy w temacie.

Wprawdzie Valtiera otrzymałem w (bardzo udanym, dodajmy) mikołajkowym prezencie, jednak przed przystąpieniem do zapisu wspomnień z nim związanych nie sposób było nie dowiedzieć się czegoś więcej o poziomie cenowym, który dotyczy tego wina. Jasne, prezent to prezent i kwestie finansowe powinny tu liczyć się najmniej, jednak jak wiadomo - trudno właściwie ocenić wino, nie znając, choćby pobieżnie, jego rynkowej wartości (patrz choćby świeżo opisana Quitana). W tym przypadku takową z grubsza poznałem i dla dobra dalszego opisu przyjmijmy, że Valtier to wino z gatunku tych niedrogich. I basta.

Oko nieuzbrojone zauważa, iż w szkle wino mieni się ciemnawą czerwienią, dla lepszego efektu tu i tam podpalaną. Całość nie jest jednak przesadnie intensywna, jest w tym jakaś doza klarowności.

Nos, jako przystało na leżakujące od dziewięciu lat wino, gęsty, różnorodny i ciemny. Czuć dąb, czuć tytoń, czuć kurz. W miarę upływu czasu i po solidnym zakręceniu kieliszkiem, na pierwszy plan wpadają nuty ostre i pieprzne, choć towarzyszą im wrażenia i słodsze. Gdybym miał zawiązane oczy, od razu powiedziałbym, że to Syrah. Choć wiemy, że nie.

W ustach wino bynajmniej nie traci. Czuć przede wszystkim suszone owoce i ciemne, mokre drewno. Pełne, krągłe, dobrze zbudowane. Zrównoważone, nie przesadnie natrętne taniny i średniej długości finał nadają trunkowi nieco lżejszego charakteru i stanowią ładną kontrę dla "piwnicy".

Jako drzewiej napisałem, istotnym wyznacznikiem jakości wina jest stosunek tejże do ceny. I choć w tym przypadku mamy do czynienia z podarunkiem, to bezczelnie pozwoliłem sobie zweryfikować ogólnie pojęty poziom cenowy opisanego trunku. Co jednakowoż egoistycznie sobie wybaczam. Gdyż dzięki temu mogę stwierdzić z czystym sumieniem, iż w tym roku Mikołaj naprawdę się postarał. I wyczaił naprawdę dobre, a do tego i tanie wino. Czapki z głów dla starego brodacza :-)

Quitana na Święta


Mija powoli drugi dzień Świąt, choć w perspektywie rysuje się jeszcze to drobne przedłużenie o jeden dzień, co zawdzięczamy szczęśliwemu układowi kalendarza. W takiej oto więc nieco rozleniwionej atmosferze chciałbym wspomnieć o winie, które miałem okazję spróbować w rodzinnym gronie, przy świątecznym stole. Co wszak nie pozostaje bez znaczenia dla ogólnych wrażeń.

Od razu wyjaśnię. Nie próbowaliśmy nie wiadomo jakiego wina, naszym łupem nie padła butelka trunku niezwykłego, czy szczególnie wyczekiwanego. Oto na stole pojawiła się bowiem Quitana, proste wino stołowe rodem z Portugalii. Powstałe z niewiadomej proweniencji szczepów, wyprodukowane w ubiegłym roku, z natury swej półsłodkie. Przyznacie, że opis szczególnie nie zachęca do winnych poszukiwań. I tu, o ironio, rolę swą odegrały Święta - wino bowiem było, jak na swoją klasę, niezłe.

W kieliszku chłodna czerwień. Klarowna, prześwitująca, nieco rozmyta. Aromat odrobinę kanciasty, rozproszony. Szczególnie dominujących nut trudno było się doszukać, acz po uwolnieniu estrów blado zapachniało czerwonymi owocami (z wiśnią w likierze na pierwszym planie). Usta? Cóż, budowa średnia, czuć przede wszystkim smak słodki, choć bez ciężkiej przesady. Smaki głównie powielające aromaty, zatem czerwone owoce i pochodne, choć nazwać je wyraźnymi i wyodrębnionymi nie sposób. Wino proste, miłe, w żaden sposób nie zmuszające do jakiegokolwiek wysiłku. Czyli na ów moment wręcz idealne.

Butelka szybko opustoszała; jej zawartość okazała się być świetnym uzupełnieniem toczącej się rozmowy. W żaden sposób jej nie zdominowała, co w tym przypadku uznać należy za zaletę. Jako towarzysz świątecznej dyskusji sprawdziła się zatem Quitana wyśmienicie - znając swoje miejsce i pełniąc swoją mocno drugoplanową rolę. W segmencie trunków tanich to naprawdę warta uwagi pozycja. Co więcej, wytrzymująca porównanie nawet z winami o ton droższymi, jak mocno rozczarowujące Pampas, nijaka Laguna de la Nava, czy niezdecydowany Württemberg Winzergilde Besigheim Schwarzriesling. Jak znalazł na rodzinne spotkanie, zwłaszcza wśród średnio zainteresowanych winem.

***

EDIT: Quitanę i jej fantastyczny stosunek ceny do jakości opisano także i na Sstarwines. Autor dostrzegł w winie cokolwiek więcej odcieni, jednak wnioski ma wielce zbieżne z moimi. Co cieszy i utwierdza mnie w poglądzie na temat tego akurat portugalskiego trunku :-)

Shell Segal Barkan 2008


Nazwa: Shell Segal Barkan
Pochodzenie: Izrael
Region:
Apelacja:
Szczepy: Sauvignon Blanc, Colombard, Muscat
Rocznik: 2008
Zakup: Alma (Renoma), Wrocław
Cena: 23 zł

Wino zakupione przy akompaniamencie sporej dozy ciekawości i ekscytacji - to mój debiut w materii trunków izraelskich. Dodatkowo miało uświetnić przyrządzone przeze mnie i Anię danie, na które złożyła się duszona cykoria podana wespół z ryżem z kurkumą w towarzystwie sosu pomidorowego. A gdy wspomni się jeszcze o pierwszym obcowaniu ze szczepem Colombard, to robi się nam naprawdę sporo powodów do ciekawości. A przy okazji rosną oczekiwania. Czy wino im sprostało? Odpowiedź poniżej.

Najsampierw stosowna otoczka. Trunek na kontretykiecie określono jako koszerny. Co początkowo przydało nieco frajdy, później zaś nakazało się dwakroć zastanowić. No bo jak to - czy blend kilku szczepów może być koszerny? Zasięgnąłem opinii na łamach rozmaitych witryn traktujących o sprawie i niestety nie znalazłem jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Pozostaje przyjąć więc ostrożną interpretację, jakoby mieszanka różnych rodzajów gron nie ujmowała trunkowi koszerności. I na niej oprzeć resztę wywodów.

A propos szczepów. Nie znałem wcześniej Colombarda, natomiast rzut okiem na kilka opisów uświadomił mi, że nie mam do czynienia z cudownym dzieckiem gron ziemi izraelskiej, a z jedną z najpopularniejszych odmian owoców, z których produkuje się dobre wina w Kalifornii. Znany tam pod nazwą French Colombard (doprawdy, wysokiej próby to mistyfikacja nazwy...), do niedawna nie miał sobie równych jeśli chodzi o ilość zużywanych gron do produkcji win kalifornijskich w ogóle, licząc całość bezwzględnie.

Sama odmiana jest wielce wdzięczna jeśli chodzi o mieszanie z innymi gatunkami gron. W tym przypadku dobrze wkomponowała się w całość razem z Sauvignon Blanc (który z kolei miał dobrze zabrzmieć przy cykorii) oraz Muscatem. Colombard w właściwości swej jest kruchy, umiarkowanie wytrawny (przy pewnej dozie pikantności), przydaje trunkowi aromatów kwiatowych, a wszystko przy odpowiedniej dozie kwasowości. Tyleż teorii, zobaczmy jak ma się to do rzeczywistości.


W kieliszku wino wygląda na nieco jaśniejszą odmianę szampana. Wyraźnie mineralna faktura, przypomina nieco barwą polskiego Feniksa (acz jest o jeden ton ciemniejsze i bardziej zdecydowane).

Nos aż kłębi się różnorodnością. Dużo kwiatów (a jednak!), coś tropikalnego (liczi, mango), wszystko przeciągnięte nutą mocniejszą (kurz, słodycz), zapowiadającą oleisty charakter trunku.

Na podniebieniu, zgodnie z zapowiedzią, nieco mleczna konsystencja. Ciężkawe słodyczą, nie przesadnie jednak przeciążone. W posmaku wyraźne nuty mango. Wino grube, solidnie zbudowane, długie. Otwierając się, zyskało dodatkowo coś z goryczy białego grejpfruta. Tym samym zaciekawiło, zaintrygowało, zachęciło do dalszych poszukiwań. Bezsprzecznie nie wino życia, natomiast całkiem niezłe i godne polecenia, zwłaszcza w tej cenie.


Degustacja potwierdziła słuszność zakupu Shell Segal. Gorzej - od razu zdradzę - poszło przy konsumpcji. Gorzka w naturze swojej cykoria fatalnie ułożyła się z winem, które (mimo słodkich swych przymiotów) w zestawieniu z posiłkiem na pierwszy plan zdecydowanie wysunęło spore pokłady goryczy i ogólnie rozumianej wytrawności. Na nic zdał się Sauvignon Blanc, na nic sos pomidorowy; tego wina nie łączy się z duszoną cykorią! To nie opinia, to przestroga :-)

Nie zmienia naturalnie nieudane połączenie potrawy z winem ogólnego odczucia po spróbowaniu izraelskiego trunku, które jednoznacznie jest pozytywne.

Jednak... Czy aby na pewno było koszerne?

poniedziałek, 30 listopada 2009

Deski serów debiut, czyli kolejny wieczór winem znaczony

Nie tak dawno temu (umówmy się jednak, że nie wczoraj) zdobyliśmy się z Anią na zorganizowanie kolejnego wieczoru z winem w tle. Zaproszeni znajomi o formie spotkania zostali skutecznie poinformowani, co odnotowałem z radością, odbierając od nich płaszcze i jednocześnie przyjmując kolejne butelki, które miały być rzeczonego wieczoru sukcesywnie odkorkowywane.

Spotkanie postanowiliśmy z Anią uświetnić także i kulinarnie, co (przyznam z właściwą sobie skromnością) nam się udało. Żeby nie było wątpliwości - menu ułożyła i wdrożyła Ania; ja zadbałem ledwie o deskę serów, z pokorą oddając pole kulinarne narzeczonej (nie na stałe, żeby była jasność). Imprezie wyszło to na dobre - powodzeniem cieszyła się zwłaszcza pyszna sałatka z selerem naciowym w roli głównej oraz - a jakże! - fantastyczna pasta z awokado dekorująca grzanki, co ostatnimi czasy jest naszą ulubioną przekąską.

Same wina wyglądały zaś tak:


A jak smakowały? Po kolei:

Nazwa: Grão Vasco
Pochodzenie: Portugalia
Region: Dão
Apelacja: Denominação de Origem Controlada
Szczepy: Jaen, Tinta Roriz, Touriga Nacional
Rocznik: 2005

Wino, które mieliśmy pić okazję z Anią już w Portugalii. Spróbuję ocenić, nie zaglądając w pożółkłe karty mojego kajetu, na których opisy poszczególnych trunków coraz bardziej się zacierają (muszę w końcu zdobyć się na blogowe podsumowanie portugalskich wojaży) - ciekaw jestem bowiem porównania wrażeń.

Zaku
pione w Polsce Grão Vasco otworzyło nasze spotkanie. Jasnoczerwony kolor, klarowna prezencja, wiśniowa, jasna barwa. W aromacie nuty owocowe, lekkie, momentami rozproszone. W smaku przede wszystkim wiśnie, wzbogacone nienatrętną goryczką. Wino niezobowiązujące, lekkie. Nieszczególnie trudne, ale z drugiej strony niebanalne. Uniwersalne, ale nie prostackie. Nie każde lekkie i przyjemne wino można tak określić. Z ciekawostek: znawcy twierdzą, iż poza wymienionymi przeze mnie szczepami, do produkcji Grão użyto także szczepów Alfrocheio i Tinta Pinheira. Nie mnie polemizować - mnie raczej przyklasnąć za spore pokłady wiedzy i zachęcić pozostałych do przeczytania :-)

Nazwa: Château Laborie Côtes de Castillon
Pochodzenie: Francja
Region: Bordeaux
Apelacja: Appellation Côtes de Castillon Controlée
Szczepy: Merlot, Cabernet Sauvignon
Rocznik: 2005

Tym razem trunek z klasycznych, powszechnie znanych szczepów. Z drugiej strony - mocno wielowymiarowych (żeby nie było za łatwo). Wino zakupione w ramach wymyślonej przez Almę serii Portraits. O czym wspominam z, było nie było, kronikarskiego obowiązku.

W kieliszku o ton ciemniejsze od opisywanego tu portugalskiego poprzednika. Czerwień jest bardziej dostojna, ma więcej odcieni. Nos nasycony, ciemny, także z owocami. Na języku coś, co nazywam szlachetną goryczką. Pociągłe, smukłe o pełnym ciele. Mocne taniny i długi fini


Nazwa: Le Château de Corbières
Pochodzenie: Francja
Region: Langwedocja
Apelacja: AOC Corbières
Szczepy:
Rocznik: 2007

Drugie francuskie i zarazem trzecie łącznie smakowane przez nas wino pozostało niestety niewiadome w zakresie użytych w szlachetnym procesie wytwarzania trunku szczepów. Mając głęboką nadzieję, iż wykorzystane grona nie było podejrzanej proweniencji wątpliwego autoramentu, przechodzę do opisu wrażeń.

Najciemniejsza prezencja. Niemal czarna zawartość kieliszka z czasem tylko nieśmiało przebijającym się karminem bądź fioletem. Zapowiedź mocy. Nos równie niepokorny, tchnący powiewem gorzkim, zdecydowanym i potężnym. Na języku potwierdzenie - mocarne, silnie nasycone goryczką taniny harmonijnie korespondowały z wyraźnym posmakiem beczki i "wędzonym" charakterem całości. Tu nie ma mowy o żartach.

Nazwa: Templum Cabernet Sauvignon
Pochodzenie: Hiszpania
Region: La Mancha
Apelacja: Tierra de Castilla
Szczepy: Cabernet Sauvignon
Rocznik:

Po wytoczeniu najgroźniejszego oręża i winie niezwykle silnym, bałem się kolejnego trunku, wierząc w niezbadane moce każące odkorkowywać kolejne butelki zgodnie z ich wewnętrzną siłą i charakterem. Podświadomie czułem jednak, że hiszpański Cabernet Sauvignon przyniesie odrobinę wytchnienia i oddechu. Na szczęście - nie pomyliłem się.

Jaśniejsze w kieliszku, nęcąco miękkie w nosie, genialnie owocowe na języku - właściwie ten opis by wystarczył. Dawno nie piłem tak fantastycznie owocowego wina, oddającego naturalne aromaty właściwe czerwonym darom natury. Czereśnie, maliny, a nawet i truskawki. To wszystko i jeszcze więcej znajdziecie w cudownie kojącym i niewyobrażalnie nasyconym hiszpańskim Templum.

***

Właściwie każde z wyżej opisanych win z jakiegoś powodu godne jest polecenia. Gwoli sprawiedliwości nie piliśmy wina bezsprzecznie genialnego (mój zachwyt Templum kładę na karb pragnienia odreagowania po charakternym i bezkompromisowym Le Château de Corbières), tym niemniej nie przydarzyło się także nic godnego ubolewania. Wina wystawały jednak ponad przeciętną - pod tym zdaniem z czystym sumieniem (a także i z radością) niniejszym się podpisuję.

***
Deska serów? Pysznie tłusty ser pleśniowy z zieloną pleśnią, dojrzewający w winie twardy i wytrawny ser hiszpański, ser owczy z właściwą takowemu mleczno-słoną oprawą. Był to nasz debiut w tej materii i szczerze powiedziawszy, po krótkiej chwili odrzuciliśmy konwenanse, po kolei próbując każdego sera z każdym winem :-) O połączenia preferowane nie pytajcie - nie zawsze można wynotować wszystko, co by się chciało. Ogólnie wspomnienia i wrażenia jak najbardziej na TAK - to musi wystarczyć jako rekomendacja. Ba, jestem pewien, że wystarcza :-)